poniedziałek, 28 lutego 2011

Więźniowie na własne życzenie (pt.2)

Ahhh tak. Internet. Jakże piękny i bezduszny wynalazek zarazem. Internet. To dzięki niemu świat staje się prostszy. Internet...

Wysnujmy malutką opowieść o codziennym dniu, za bohatera przyjmijmy 24 letniego Sebę. Postaram się najtreściwiej jak mogę.
Wczesnym sobotnim rankiem, Seba wstaje, szybko myje się, robi sobie śniadanie i jeszcze przed wyjściem siada do komputera, sprawdza ulubione serwisy, powiadomienia na facebooku, kanały rss i rozpoczyna bez zastanowienia ściąganie filmu. Idzie do pracy, w pracy siedzi przed komputerem, a jako, że roboty dzisiaj mniej znowu wchodzi na facebooka, na którym siedzi od projektu do projektu. Wraca z pracy, sprawdza czy jest ściągnięty film, puszcza muzykę, gotuje obiad, ogląda film. Po filmie znowu sprawdza facebooka, otwiera skrzynkę mailową, usuwa 30 wiadomości o powiększaniu penisa, 20 o propozycjach matrymonialnych i tabletkach na potencje i zamyka. Przegląda opinie o filmie, ściąga następny, w międzyczasie "włóczy" się po różnych portalach w poszukiwaniu ciekawych i pomocnych informacji, niestety raczej z mizernym skutkiem, ogląda kolejny film, myje się, idzie spać.
Oczywiście to scenariusz bez imprezy, spotkania towarzyskiego oraz bez uwzględnienia rozmów. Wygląda szaro i smutno. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy w jak wielkim stopniu są uzależnieni od internetu. Wszystko można ściągnąć z internetu, przepływ informacji jest kilkakrotnie szybszy niż praca mózgu, emocje spłycone. Nie wiem jak wy, mnie nie bawi rzecz, którą mogę dostać od tak, w znacznie mniejszym stopniu angażuje się w rozmowy internetowe, a jednak tak bardzo głęboko jestem uwięziony.

wtorek, 22 lutego 2011

Więźniowie na własne życzenie (pt.1)

Pewnie każdy z Was myśli, że jest wolnym człowiekiem, nie ma nic bardziej mylnego. I nie mam tu na myśli praw, obowiązków, zakazów - choć w całkiem znaczącej i one ograniczają naszą wolność. Choćby kontrowersyjna ustawa wprowadzona bodajże 15 listopada, traktująca o ograniczeniu miejsc do palenia. W porządku, dla niepalącego jest to ustawa korzystna. Dla mnie jest to bzdura, ograniczenie swobód obywatelskich moich, każdego palacza oraz gehenna dla właścicieli małych knajpek, którzy z braku miejsca bądź funduszy na palarnie, przeżywają spadek klienteli. Oczywiście ktoś mógłby nagle krzyknąć: "Nie będe wdychać tego smrodu, to mnie zabija, jak pali to niech sie zabija sam i sam sobie szkodzi, bedę śmierdział". Po pierwsze jest to dyskryminacja pewnej grupy osób, sporej grupy osób, którym odebrano możliwość zapalenia przy piwie w knajpie, w restauracji. To jest urok takich lokali, kiedy zaczytywałem się w opisy, knajpę widziałem jako miejsce wolne, zadymione, w którym powietrze tak przesiąknięte alkoholem oraz dymem, że omalże w tak gęstej atmosferze można by pływać. W praktyce wygląda to tak, że palarnie są słabo ogrzewane bądź praktycznie wcale, w większości knajp ich nie ma, zaś niepalący i tak zmuszeni są wdychać dym przy wejściach, bądź przebywając w takich palarniach przy innych znajomych. Udobruchanie jednych, nie powinno się odbywać ograniczaniem innych, zaś tutaj mamy idealny przykład na forsowanie ustawy, w celu korzyści majątkowych oraz kolejne pieniądze idące z budżetu na kontrole lokali. Argument odnośnie przesiąkania rzeczy smrodem jest absurdalny, sprawą normalną jest (przynajmniej u mnie), że rzeczy po pobycie w jakimś lokalu śmierdzące nie tylko dymem, ale i alkoholem, potem bądź czym innym lądują w koszu na pranie. Po drugie jest to krok do ograniczania praw innych, równie wielkich grup za sprawą rządu. Po trzecie, z tej samej racji żądam zakazu podawania dłoni onanistom, zakazu przebywania osób niepełnosprawnych w miejscach publicznych a niepalącym zakaz zbliżania się do mojego dymu i mojej osobistej strefy 5 metrów pod groźbą kary chłosty.

Mówiąc o wolności początkowo mówiłem o posiadaniu telefonu komórkowego, internetu, uzależnieniach, zależnościach od innych osób. W dzisiejszych czasach praktycznie każdy posiada co najmniej jedno konto komórkowe. Oczywiście, komórki są znakomitym wynalazkiem, ułatwiają nam życie, co więcej, w wielu przypadkach ratują poszkodowanych. Jednak na przestrzeni kilku lat sprowadziliśmy komórkę do jednej z najważniejszych form rozmowy. Coraz więcej młodych ludzi nie potrafi stanąć z drugim człowiekiem twarzą w twarz i nawiązać dyskusji. Co straszniejsze, zanika poprawna polszczyzna. Z tak progresywnie rosnącą liczbą analfabetów/idiotów, sprawność rozmowy, pisania oraz czytania przejdzie znów do sfery elitarnej. Jest to jeden aspekt uwięzienia przez "mobilność". Drugim jest zaś ustawiczna kontrola, przez bliskich, znajomych. Posiadając komórkę, musisz liczyć się z telefonami z pytaniami o miejsce pobytu, z mnóstwem pytań o to co aktualnie robisz. Obserwując otoczenie, zauważyłem nawet załamania w przypadku nieodpisania na głupiego smsa, obawy, kłótnie. To tak przykre, że jednocześnie sprowadza się tak ważną rolę usamodzielnienia jednostki, zaufania na tak niski poziom, że istnieje potrzeba sprawdzania osób, które się kocha, które się podziwia oraz ograniczenie rozmów do głupiego "bezprzewodowego telewizorka z klawiaturką".
Resztę rozważe dnia następnego :>

piątek, 18 lutego 2011

Did you forget to take your meds

Dzisiaj wstawię fragment mojej rozmowy, bo podoba mi się ogólny zarys treści, zresztą plynęło to prosto z serca, bez żadnego edytowania tekstu. Może przez to też trudniej się czyta, ale fuck it.
"wiesz, pierwsze o czym ostatnio myslalem, a wlasciwie dzisiaj to, ze oprocz wspomnien jako takich, z dziecinstwa, z jakichs zabaw, pozniej z jakichs scen ze szkol do czasu mega zakochania sie, widze wszystko jak przez mgle, tzn dokladnie, ale nie potrafie umiejscowic tego w czasie. A wszystko co bylo jakos polaczone z tym moim uczuciem, pamietam dokladnie dokladnie. I to jest najgorsze, bo jak dzisiaj myslalem sobie, to sie przerazilem ze nie mam innych wspomnien niz tych ze zwiazku, ktore jednoczesnie sa i piekne, najpiekniejsze w moim zyciu, ale takze bolesne, przykre i najgorsze. I zaczalem sie obawiac, ze juz nigdy w zyciu nie doznam czegos tak silnego, bo po czesci wlaczyla mi sie apatia. Obawiam sie ze juz nigdy kiedy spojrze na dziewczyne nie poczuje tego czegos, co napedzi moje serce i ze nigdy wiecej w zyciu nie stworze czegos tak pieknego, jak mam we wspomnieniach. Jednoczesnie zostane z tym do konca zycia.
Tym bardziej ze jestem mega zakochany w zakochiwaniu sie, w milosci. To jest najdziwniejsze, bo chocbym przez nia cierpial, czuje sie lepiej nizeli bez niej. Nie wiem, nie rozumiem tego. Pragne milosci, jednoczesnie sie jej bojac, unikajac i kocham ja w nienawisci. cos w tym stylu."
" (...) jestem tak silnie zwiazany z niektorymi wspomnieniami, rzeczami, ze jednoznacznie mi sie kojarza z danym okresem. Sluchajac np meds potrafie sobie dokladnie odtworzyc obraz pewnego dnia, wlasnie jak pachnialo wtedy powietrze, z jakiego konta padalo swiatlo, jak pojechalem do gdanska, co robilem potem, oraz co my mowilismy,robilismy. To jest okropne.
Wlasnie jak sobie przypominalem jakies wydarzenia (sentymentalny wieczorek) to widzialem tylko te jedne obrazy - z calego zwiazku. Tak jakbym naprawde nie mial zadnych innych. Nic innego mi nie przychodzilo do glowy."

wtorek, 15 lutego 2011

Hey you

Jak bardzo trzeba się stoczyć, żeby znów zacząć normalnie żyć, normalnie funkcjonować w tym społeczeństwie?
Żeby odzyskać marzenia, żeby pozbyć się strachu? Jeśli teraz znów odżywam, bo tak mi się chwilowo wydaje, zajęło mi to um - 9 miesięcy?
Piękna data na nowe narodziny - można by wręcz rzec, że podręcznikowa :> Choć to jedynie zbieg okoliczności, ale czy na świecie przypadkiem nie ma jedynie przyczyn i skutków?
W każdym razie, powoli wracam, wskakuję na wyższe obroty, choć nie jest to maksimum mojego życia, lecz nie można od razu chcieć maksimum po takim okresie "recesji". Najważniejsze na początek to jest to, że choć odrobinę odzyskałem wiarę w siebie, swoje możliwości. Choć nie wiem ile to uczucie będzie trwać, jak długo się ono utrzyma.

czwartek, 10 lutego 2011

one way ticket

Dzisiaj grając na harmonijce, miałem przed oczami piękne obrazy. Była to część mojego marzenia, by uciec gdzieś, z dala od tego miejsca, od tych ludzi. Zawsze miałem ochote zniknąć bez śladu, bez znaku - z dnia na dzień. Wyjechać gdzieś, gdzie nie dosięgała mnie mizerność ludzi z mego otoczenia, miasta. Prawdopodobnie zostałbym szybko zastąpiony. Przy utracie kogoś bliskiego, przyjaciela, odnajdują sobie nowych na twoje miejsce, zazwyczaj kompletnie zapominają, w zależności od stopnia zażyłości.

Wróćmy do mojego marzenia. W mojej wyobraźni powstał obraz mnie, jako człowieka będącego ciągle w podróży. Wyobraziłem sobie, jakbym przemierzał świat, samotnie bądź z najlepszym przyjacielem, mniej więcej na kształt "Dzienników motocyklowych". Lecz motor zastąpiłbym składem pociągu towarowego. Pięknie byłoby gonić za wagonami, by w końcu dostać się na "pokład", z miejsca obserwowałbym bezkresne pola, lasy, zmieniające się otoczenie. Wciąż coś nowego. W ciągu jednego dnia mógłbym zmienić swe otoczenie diametralnie, z tak doskonale mi znanych na puste równiny, wzgórza. Może nawet udałoby mi się dotrzeć do całkowicie innej strefy klimatycznej, o zróżnicowanej faunie i florze od tej tutaj występującej. Ja zaś bym z miejsca pociągu, spoglądał poprzez ramię na błękit nieba, górującego nad zielonymi polanami. Zostawiłbym chętnie za sobą wspomnienia, ludzi, dokładnie tak jak pociąg znaki, drzewa, miasta. Dokładnie jak pociąg mógłbym kiedyś znów przemierzyć tę samą drogę, lecz w innym już kierunku.

Dzięki znajomemu trafiłem na świetną galerię w internecie. Uważam, że jej zdjęcia mniej więcej pozwalają mi uwolnić takie myśli, zaś niektóre na pewno wprawiły mnie dzisiaj w tak marzycielski nastrój.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Young lust

Silne pragnienie drugiej osoby, drugiego ciała. Nie mam pojęcia na czym polega mechanika pragnienia seksu, ale niekiedy jest tak silna, że aż paraliżuje jakiekolwiek dalsze możliwości kontaktu. To zniewalające uczucie powoduje u mnie potężne wizje sytuacji "pościelowych", w myślach przerabiam wszystkie (nie)możliwe scenariusze. Szybkiego seksu w publicznej toalecie bądź bocznej uliczce, długiego, namiętnego stosunku, słodkich pieszczot, obsypywania całunkami każdego cala swych ciał, wzajemnym zaufaniu, wiosenny wypad do lasu albo na plaże, o blasku księżyca, "zatopionego" w tafli wody, lekko zmąconej przez wzajemne pożądanie.
Jednak na szczęście wracam wtedy do życia, ale już nie potrafię się odezwać do tej osoby. Zresztą, rzadko mi się to zdarza - im dłużej w abstynencji, tym rzadziej nachodzą mnie wyobrażenia.
Choć cały czas na dobrą sprawę pragnę takiego kontaktu z kobietą, dziewczyną, wspomnienia oddalają się, wraz z nimi stan, co sprawia, że coraz rzadziej nachodzą mnie myśli tego pokroju. Jednak opanowałem już najgorszą fazę, kiedy potrzeba była największa.

sobota, 5 lutego 2011

Sobota

Dzisiaj dopiero spostrzegłem jak ludzie wokół mnie się zmienili. Albo to ja się cofnąłem. Nie rozumiem tej całej apoteozy "inności", kiedy w praktyce wygląda to tak, że każdy "inny" jest taki sam jak reszta z tych "innych", jednak wszyscy zachwycają się tym schematem, choćby z obiektywnego punktu widzenia była przeciętną osobą. Zmierzam do tego, że w grupie zawsze jest osoba, na której opierają się inne jednostki, jedna osoba, która jest jakby guru, przewodniczącym, a reszta dumnie kroczy jej ścieżkami, jakby autorytet. Choćby ta osoba była najbardziej zjebana, jej aura sprawia, że znajduje sobie popleczników. Kiedy patrze na twarze na ulicy, w knajpie, kiedy rozmawiam ze znajomymi, a kiedy oni rozmawiają z inną nieznaną osobą, całkowicie się zmieniają. Zmienia się ich charakter, zachowanie. Przypasowują się do rozmówcy, zmieniają swoje zainteresowania, mówią rzeczy nawet sprzeczne z ich ideami. Czy nasze społeczeństwo jest tak zakłamane? Czy przed innymi, by ich zaciekawić, trzeba być osobą, którą się nie jest? Może dlatego nie potrafię zaciekawić większości, bo nie potrafię się wpasować w inną rolę. Potrafię grać emocje, ale nie umiem zmieniać swojego usposobienia.

czwartek, 3 lutego 2011

Come out come out

Całe życie w uproszczonym skrócie: rodzisz się, kształcisz się, kształcisz się by pracować, pracujesz by się wzbogacić oraz by inni mogli się na tobie wzbogacić, przechodzisz na emeryturę i pozwalasz innym by pracowali na ciebie, umierasz. Maksymalne uproszczenie, po drodze można dodać losowe zdarzenia. Oczywiście mogłyby się znaleźć głosy o tym jaki kto nie jest szalony, czego nie wyczyniał podczas życia. Dobra, ile to trwało? Dzień? Dwa tygodnie? Nie sądzę, by ktoś prowadził ustawicznie ciekawe, aktywne, społeczne życie. Ciekawszą grupą "szaleńców" są teraźniejsze nastolatki, których wyznacznikiem szaleństwa jest opowiadanie o swoich wyczynach gnębienia innych ludzi/ chlania. Jeśli nie to patrz - chlania/ ćpania/ gnębienia/ trzaskania zjebanych zdjęć w miejscach publicznych/ trolowania na innych ludziach. (niepotrzebne skreślić). Udowodnij, że się mylę.

Ale nie o tym mowa :D

Konkretniej, dzisiaj chciałem się zastanowić nad kwestią życia po śmierci. W trakcie swojej, względnie krótkiej egzystencji, usłyszałem multum teorii. Sam jestem agnostykiem teistycznym, tyle, że ciężko mi dopasować do siebie jakiś wariant. Sama koncepcja Boga Jedynego, wydaje mi się niemożliwa w tak wielkim wszechświecie. Istnieją miliony układów planetarnych, zdecydowanie nie jesteśmy jedyną rasą, a opieka Boska wyłącznie nad człowiekiem śmierdzi mi troche obawą o swe życia po śmierci. Opisze te najbardziej wiarygodne (oczywiście jeśliby w ogóle uwierzyc w wizję życia pośmiertnego) Zacznijmy więc od:

ŻYCIE WIECZNE
To nawet brzmi całkiem przerażająco. Stworzone dla bogobojnych duszyczek, które za życia muszą przestrzegać ściśle określonych zasad by trafić do raju/nieba/wybawienia. Jedno z najszerszych wierzeń życia pozagrobowego. Bez wiary nie wejdziesz, najwyżej spłoniesz w piekle, a raczej będziesz swe wieczne życie cierpiał. Przykre, ale działa na bogobojnych, przez co mogło być dobrym narzędziem w odpowiednich rękach. Pamiętam lekturę z bodajże podstawówki - Bracia Lwie Serce - w takim wydaniu pokusiłbym się o niebo ];->

REINKARNACJA
Wędrówka dusz, wędrówka po śmierci, wywodzi sie z typowo azjatyckich wierzeń. Umierasz, wcielasz się w inną postać/gatunek cokolwiek. Z tym związane jest twoje poprzednie życie - odrodzisz się w tym, na co zasłużyłeś, czyli jednym słowem Karma. W Indiach dobrze jest się odrodzić krową. Brzmi sympatycznie, a na pewno sympatyczniej niż smażonko w piekle. Z tym jak również i z następnym wiążą się doświadczenia z poprzedniego życia.

CYKLICZNOŚĆ ŻYCIA
Świat powstał w wielkiej eksplozji, zainicjowanej przez niewiadomą siłę, minęły miliony lat, jest sobie nasza mała nieznacząca cywilizacja, która kiedyś wygaśnie, mijają miliardy lat, następuje implozja i od nowa. HM to oznacza, że rodzimy się na nowo. W tym samym życiu, przeżywamy to samo, nic się nie da zrobić, ale jednak żyjemy. Jak już mówiłem, skoro coś jest cyklicznie, zostawia jakiś ślad , co NIBY odbiera nasza dusza (czyli energia), z naszego poprzedniego życia. Nikt nie przechwyci naszej "pamięci" bo energia jest podpisana jakby naszym kodem. Brzmi chaotycznie. Tu wchodzą sny prorocze, jasnowidzenie i inne. Możliwe, że to juz kolejny raz przechodzimy życie.

CZARNO
Giniemy. I nic. Najbardziej przerażająca. W sumie nikomu się nie podoba. Nigdzie nas nie ma, nie można zawładnąć niebem ( ];>), nie będziesz krową ani nie przeżyjesz znowu tego samego. Ani niczego z innych koncepcji wizji życia po życiu. Świat o nas zapomina. Nie ma myśli, nie ma wizji, dźwięku. Smutne.

Wystarczy się pocieszyć, że coś może tam jest. Wszyscy umrzemy, a z zaświatów - jeśli istnieją - nikt nie wrócił (chyba), a osoby, które doświadczyły reinkarnacji nie są w stanie powiedzieć nam nic o procesie śmierci.

PS: Piszę na wszelki wypadek- nie chciałem urazić niczyich wierzeń i pomimo tego, że potraktowałem temat luźno, po macoszemu, dosyć mnie to męczy i spędza sen z powiek.

środa, 2 lutego 2011

Another brick in the wall.

Mam cichą, skrytą nadzieje, że kiedyś wyjrzę zza muru, do którego wciąż sam dokładam sobie cegiełek. Ba! Mało tego! Liczę, że uda mi się go zburzyć, zniwelować jego działanie, unicestwić. Szczera nadzieja, a może nawet marzenie. Na razie pozostaje wyłącznie czekać, powoli wprowadzać zmiany niektórych aspektów życia i obserwować tego efekty. Nadzieje pokładam w tym, że nie można przeżyć całego życia uwięzionym w swych własnych wyimaginowanych barykadach. Najbardziej smucący jest fakt, że jestem świadomy iż sam sobie tę blokadę "włączyłem".

wtorek, 1 lutego 2011

The happiest days of our lives

Najgorszym gwoździem jest samotność. Brak wsparcia, bliskości. Rzadko kiedy można liczyć na zrozumienie, bezinteresowne wysłuchanie. Nawet "przyjaciele" często mają konkret wyjebane na twe sprawy. Raczej wolimy słuchać o rzeczach pozytywnych niż otaczać się nieudacznikami, którzy to wciąż i wciąż biadolą. Zresztą dlatego wszyscy mamy maski. Czy nie lepiej udawać/poznać szczęśliwego, rozhulanego i otwartego towarzysko imprezowicza (fakt faktem jest to tylko gra) niż problematycznego, bez pewności siebie pesymistę?

Kontynuując temat bliskości i samotności : strasznie brak prawdziwego uczucia, dotyku czyjejść skóry na twej własnej, ciepłych pocałunków i pieszczot kochanków, kiedy ciepły oddech na twym karku przyprawia o dreszcze, a zgrabna fraza szeptem potęguje każde twoje pragnienie. Samo uczucie, które wówczas przepełnia serce jest paliwem napędowym życia.